Jesteś tutaj

Aksamowcy

Obrazek użytkownika pan tau

W kakofoni istnien poszczególnych los mnie rzucił w niełatwy swiat aksamowcow.
Oczywiscie stalo się to przypadkowo.
Wprowadzil mnie to tego siódmego kregu piekielnego Trzaskal- kolega ze studiow.
Aksamowcy produkowali paluszki slone, czyli jedna z tych spożywczych idiotycznosci bez glebi i metafizyki.
Jednak PR-owiec Trzaskal znajdywal w nich subtelna glebie przezycia metafizycznego.
Już przy pierwszym naszym spotkaniu zapewnial mnie, ze
Paluszki Beskidzkie posiadaja szeroki wachlarz smaków i sa kompromisem zarówno pomiędzy jakoscia i cena jak i nieposkromiona przyjemnoscia i zdrowsza forma jej wyrażania.
Natarczywie pytal mnie o orzeszki i ich szeroka palete wysublimowanych smakow, a także o misia na designie- twarzy Aksamowcow.
Na moja szorstka odpowiedz, by mi nie pierdolil tu o misiach, obrazil sie i grozil, ze mnie nie przyjmnie do tej pracy, gdyz już od poczatku zaczynam komunizowac.
Jednak po czasie złagodniał i zaproponowal mi spotkanie z najlepszym ze swoich handlowcow - Bobką.
Handlowiec Bobka był najczystszej formy fanatykiem produktu do tego stopnia, ze na facebooku zamieszczal na swym profilu gadzety reklamowe, a będąc na urlopie wypoczynkowym nie zapomniał zrobic sobie fotki z wielka, firmowa, czerwona torebka.
Pobyt tygodniowy w jego towarzystwie był koszmarnym sluchaniem poematu na czesc Paluszkow i Orzeszkow, a także wprowadzaniem czarnego PR-u w kierunku największego wroga Aksamowcow czyli Axpalowcow.
Axpalowcy to byli ex-przyjaciele szefa Aksamowcow - typa spod ciemnej gwiazdy, niejakiego Klęczała.
Zabrali mu receptury i pomysły na sprzedaz, pozostawiajac relacje interpersonalne tak cieple, jak weekend we Władywostoku.
Paluszki Axpalowcow były kopia produktu Kleczała.
Axpalowcy nawet nie silili się na nowe pomysły.
Twarz produktu Klęczała-misia, zastapiono jakims niezidentyfikowanym pluszakiem, zas haslo reklamowe ''ja już jem a ty'', zostalo poddane niewyrafinowanej i malo subtelnej zmianie na ''chrup chrupnij i ty''.
Kleczal, prosty syn małopolskiej wioski, zatrudnil na stanowisku szefa handlowcow malo rozgarniętego ministranta Maciusia z Pisuarowic.
Jego sluzalcza postawa imponowala Kleczalowi.
Macius staral się jak mogl.
Lecz nie podolal intelektualnie rzetelnemu sprawdzaniu samochodow i GPS handlowcow.
System Klęczała na wskroś był przesiąknięty brakiem zaufania i szukaniem w każdym potencjalnym pracowniku złodzieja.
Obok klasycznego GPS w samochodzie dal jeszcze drugi- do telefonu.
Każdy handlowiec był podwojnie namierzany. Uroki podwojnego namierzania maja to do siebie, ze wystarczy, by tak zwany czynnik ludzki nie nacisnął odpowiedniego klawisza, przy kolejnej wizycie w sklepie i już mamy zoonka.
Tak jak powiedziałem, Macius temu nie podolal i polegl na tej płaszczyźnie. W związku z tym do sprawdzania zatrudniono prawdziwego fachowca, brata prezydenta Oswiecima, Tadeusza Feldmarszałka.
Feldmarszałek zabral się do pracy z uroczym sadyzmem w oczach i z pasja wlasciwa dla wszystkich ubekow.
Jednakze pewien brak kultury technicznej i sprawnej obsługi dobrodziejstwa dwudziestego pierwszego wieku- komputera, spowodowaly pewne anomalia w wynikach trasowek hadlowcow.
Feldmarszałek z każdym bledem radosnie leciał w podskokach do szefa i pial z zachwytu.
Wawrzyczek był w Jablonkovie i potem, proszę zobaczyc, pojechal sobie prywatnie do Krakowa- ćwierkał Feldmarszałek.
Na drugi dzien już poproszono mnie do raportu.

No coz 14.55 byłem w Jabłonkowie, a o 15.10 w Krakowie, po czym o 16.00 w Cieszynie- musialem wiec pedzic światłowodem po oceanu dnie, widocznie pan Feldmarszałek nie przyzoomowal sobie odpowiednio mapy i pomylil pozycje z Koniakowem, będącym zreszta na trasie.
Kleczal nie wyszedl z podziwu, czas Feldmarszałka się skończył wraz z przegrana jego brata w wyborach prezydenckich.
Na arene wszedł nowy szef handlowcow mlody, zdolny, nie wahający się przed nikim i niczym- Dziubecki.
Dziubecki dotkniety przez los, kiedy przebywal przez rok na przymusuwowym bezrobotnym, poczul krew i zaczal od razu walczyc.
Rozpoczął w wielkim stylu. Już na początku wypunktowal mnie, ze jezdze roznymi trasami do Cieszyna.
Można się było latwo z tego wybronic piszac w mailu, ze istnieja alternatywne przejscia graniczne, a droga powrotna nie az tak bardzo odbiegala położeniem topograficznym od tej, która jechałem w zeszłym tygodniu.
Drugi as z rekawa Dziubeckiego to przerwy robione miedzy 12.00 a 12.20 kolo mojego domu.
Tutaj obrona przyjęła już forme bardziej zawila.
W mailu wyjaśniłem, ze skoczyłem sobie na obiad do domu i ze nawet Rudolf Hess - dyrektor placowki w pobliskim Auschwitz pozwalal na jeden cieply posiłek dziennie.
Wymiana grzeczności mailowych i konfrontacja werbalna staly się ostrym zarzewiem konfliktu.
Ratowaly mnie wtedy przed obledem rozne surrealistyczne przygody, które przezywalem w czasie swych wypraw.
Oto dwie z nich.

Przygoda 1
Jechałem kiedyś w podróż służbową z Pragi do Melnika. Jest to małe miasteczko i nie wiedziałem gdzie jest firma, której szukam.
Patrzę, przy knajpie stoi gościu całkowicie zalany.
A padał deszcz i nikogo innego nie było.
Więc, pytam się:
-Gdzie jest ulica Hynka-Machy?
Nieznajomy mówi:
- Fajnie, że jesteś. Podwieziesz mnie, to ci pokaże
Wsiada.
-Co robisz?
-Sprzedaje paluszki, chrupki, takie tam głupotki-zreszta poczestuj się, tutaj mam paczke
-Dzieki, smaczne. Daj mi wizytówkę. Za nie długo możemy zrobić razem fajny interes. Może to ty będziesz moim klientem
-Z tym wspólnym biznesem, to raczej wątpię, ale wizytówkę oczywiście mogę dać
Wyjmuję wizytówkę. Jedziemy dalej przez mokry Melnik.
-Stop, to tutaj mnie wysadz przy tej knajpie. Poczekaj dam ci swoją wizytówkę, bo wiem, że za niedługo będziesz na pewno mym klientem.
Wysiada i śmieje się.
Na wizytówce było napisane:
Petr Dudak
Krematorium Eden
ulica Rajska 4

Przygoda 2.

Tym razem przyjechalem do Ostrawy szukac jakiejs hurtowni spożywczej od Placzkovej.
Zacząłem nerwowo chodzic po osiedlu.
Biegam wokół. I ponownie wokół.
Po przejsciu osiedla, po raz kolejny, podszedł do mnie łagodny, starszy pan i zapytał:
-To co metro tutaj budujecie?
-Slucham?
-Czy metro tutaj budujecie, pytam?
-A tak budujemy – odpowiedziałem.Wlasnie mierze grunty, bo parę metrów stąd będzie linia łącząca dwie newralgiczne trasy wokół Ostrawy, a dokładnie ma to byc w miejscu hurtowni spożywczej od niejakiej Placzkovej.
-Aaa – odpowiedział znacząco- tylko, ze to nie jest żadna hurtownia, to normalny sklepik w bloku, a przy tym to jest zwyczajna kurwa, bo pieprzy się z Wietnamczykiem.
-O, dziekuje za szczegółowe informacje, a który to blok?
-O ten tam, pod dziesiatka
-Dziekuje jeszcze raz
-To za mało-odpowiedział sympatyczny informator.
Podjeżdżam pod dziesiątkę.
Przed blokiem miejscowe pijaki pija piwo i witaja mnie swojskim'' Jeszcze Polska nie zginela''.
-A co tutaj szukasz?
-A Placzkovej, a scislej jej sklepu
-Tam jest tylko jej gościu, ale on nie umie nic po czesku. To Wietnamczyk.
Nie daje za wygrana
Wchodze i z zapalem wołam za tiamanem :
-Dzien dobry. Przyszedłem zrobic z Panem kszeft?
-Cio kszieft?-odpowiada
-Tak, kszeft
-Dejcie mnie 10000 koron, a ja wam dam 100.To będzie dobry kszieft
-Jak słucham?
-Dejcie mnie 10000 koron, a ja wam dam 100. To będzie dobry kszieft- powtarza świeżo nominowany Czech -Placzek
-A, to musze się zapytac swojego szefa.Nie mogę sam podejmowac takich decyzji.
-Tio zapytejcie się sziefa i będzie kszieft.
Zule blokowe obserwujące ta scene doradzaja mi:
-Daj ta oferte jego babie do skrzynki na listy. Z nim nie gadaj, to nie ma sensu.
Wrzucam cala oferte we wskazane miejsce, ale jeszcze wpadl mi do glowy pomysl, by jednak poinformowac Wietnamczyka o tym zdarzeniu.
Tak wiec wchodze ponownie do sklepu
-I cio, już macie zgode sziefa na te kszieft?
-Tak, mam-wlasnie wrzuciłem wam do skrzynki pocztowej 10000 koron w kopercie, a teraz bym poprosil te moje 100.
Na twarzy Tiamana objawila się harmonia Yang i Ying. Znalazł w jednej chwili równowagę sadow a priori i a posteriori. Patrzyl okiem spokojnym i bardzo jasnym.

Wróćmy jednak do Dziubeckiego.
Szukal haka i w koncu znalazł.
Któregoś dnia zadzwonil, ze jakas babka skarzy się, ze nie jezdze do niej na wizyty oraz, iz poprzedni handlowiec był jej big love -a ja ją zaniedbuje i w ogóle.
Jade wiec do baby z zapytaniem dlaczego klamie, skoro byłem tutaj w zeszłym tygodniu.
Oczywiście obrazony babon zadzwonil zaraz do Dziubeckiego i zaczela się gruba afera.
Podirytowany Dziubecki dzwoni z pretensjami, ze obrazam klientow, a wiec świętość i absolut.
Ja ripostuje niczym Jan Hus, ze prawde ukochałem i będę jej bronil, az do konca.
Dziubecki niby mnie rozumie, ale twierdzi ze musze otoczyc babona miłością i szczera ojcowska troska.
Ja odpowiadam:
-Postaram się, choc będzie to troche trwalo zanim w koncu szczerze ja pokocham.
Ale już za pare minut typowy podstep, który rozwiązałby nawet przeciętny dwunastolatek bez doświadczenia w branzy.
Dziubecki dzwoni ponownie i mowi:
-Czesc Marek, proszę cie, przyjedz do firmy wymienic opony na zimowe.
-Ale po co? Jest dopiero październik i plus 20 stopni
-No, przyjedz, szef mowil, bys przyjechal
-No dobra, to przyjade jutro, zrobie tylko trasowke.
-Nie, przyjedz dzisiaj/ w domysle- jutro uda ci się dostac zwolnienie lekarskie i będziemy w dupie/.
Wiadomo wiec co się swieci.
Przyjeżdżam, oczywiście udając zaskoczonego, tym co czeka mnie nieuchronnie.
W srodku czekaja wszyscy najważniejsi apostolowie od Klęczała- Dziubecki, Macius z Pisuarowic, a nawet herszt bandy- Lysy szef wszystkich szefow -nie występujący do tej pory w tej krótkiej opowieści.
Rozmowe zagaja Lysy szef wszystkich szefow:
- I jak się pracuje Panie Marku ?
-Dziekuje, nie narzekam
-Slyszalem dzisiaj, ze zachowal się Pan niegrzecznie w stosunku do naszego klienta, i były na Pana skargi
-Klient klamal, zarzuty skierowane przez niego w moja strone okazaly się nieprawdziwe- musialem się jakos bronic
-Widze, ze nie potrafi Pan złapać odpowiedniego kontaktu z polskim klientem.
Jest Pan nauczony sprzedawac w Czechach, nie zna Pan polskich realiow.
-Mieszkam tu od urodzenia, posluguje się tym jezykiem i tu skończyłem wszystkie szkoly, moja mama mowila ze mna po polsku- watpie, by to było głównym problemem.
-Ale my nie wątpimy,panie Marku. Musze wreczyc Panu wypowiedzenie.
-Umowa konczy mi się za dwa miesiące. Troszke czasu wam poswiecilem. Dogadamy się, ze przepracuje ten okres, po czym pojde sobie w swoja strone.
-Niestety szef się nie zgadza. Musimy rozwiązać umowe dzisiaj, proszę tutaj podpisac.
-Tylko, ze ja nic nie podpisze. Zostalem tutaj wezwany, by wymienic opony na zimowki, a nie odchodzic z pracy. Trzeba było zadzwonic i powiedziec o co chodzi
-Wtedy Pan by wziął zwolnienie lekarskie
-Po pierwsze- nie mam całego sprzętu, telefonu komorkowego na przykład...
-A dlaczego?
-Jest po pracy, a miałem tu przyjechac tylko wymienic opony
-To da Pan jutro Arkowi
-Proszę przekazac szefowi, ze nic dzisiaj nie podpisze -jeżeli chcecie mi dac wymowienie, proszę poczta, wtedy ustosunkuje się do tej decyzji.
-Proszę dac kluczyki od samochodu
-A czym odjade do domu?
-Handlowcy przyjeżdżają tutaj z calej Polski. Pan również sobie jakos poradzi.
-Niczego nie podpisze, proszę Pana, kluczyki dam jak mnie ktos odwiezie do domu. Czekam na pisemne wypowiedzenie droga formalna poprzez urząd pocztowy. Mam czas do ustosunkowania się tydzień.
-A jeżeli tak, to zwalniamy Pan dyscyplinarnie.
Pora wyciągnąć wiec pierwszego asa z rekawa-
-I tutaj się Pan myli –odpowiadam-bowiem nie zaistniala przeslanka popełnienia, w czasie umowy o prace, przestępstwa, ani ciezkiego naruszenia praw pracowniczych –recytuje- takich jak: uchylanie się od pracy, praca w stanie nietrzeźwym, bądź utrata uprawnien niezbędnych do wykonania zawodu, a wszystko to oczywiście zgodnie z kodeksem pracy artykul 100 paragraf drugi.
Lysy szef wszystkich szefow zaczal intensywnie myśleć nerwowo przy tym się uśmiechając.
-Proszę poczekac, zaraz wroce
Minelo kilka minut...
Postanowiono wyciągnąć największy arsenal.
Do sali rozpraw pofatygowal się sam cappo di tutti cappi Kleczal.
-O co chodzi?-zagadnal -usiłując być mily
-Proszę Pana, wezwano mnie tu, by wymienic opony, a wrecza się mi wypowiedzenie, a teraz nawet już dyscyplinarke.
-Mamy do tego prawo.
-Do czego? Do dyscyplinarki, na pewno nie.
-To proszę podpisac zwolnienie.
Tu postanowiłem wyciągnąć mojego drugiego asa w rekawie, przygotowanego już wczesniej w domu.
-Musze skonsultowac to wszystko z moim kuzynem- mecenasem Zielińskim-oto jego wizytowka- wręczam ja Kleczalowi. To on rozpatrzy Panstwa wniosek o szeroko rozumianym zwolnieniu dyscyplinarnym, a także definicji zwolnienia wedlug obowiązujących przepisow prawnych i jej przeslankach. Wybaczy Pan, ale nie czuje się zbyt dobrze, by dalej kontynuowac ta przykra dla mnie rozmowe. Pozwoli wiec Pan, ze się już się oddale, a całość proszę konsultowac już tylko i wyłącznie ze wspomnianym mecenasem.
-Pan musi to podpisac!
-Kolega – mówiąc to wskazuje na Lysego szefa wszystkich szefow- już mnie zapoznal z Panstwa pismem. Powiedziałem mu, ze ma się kierowac w tej sprawie do mecenasa. Z mojej strony to tyle.
Twarz Klęczała zrobila się czerwona.
-To nie jest żaden Pana kolega- to dyrektor handlowy!!!
-Dyrektor handlowy, a zarazem kolega, gdyz wszyscy pracujemy w jednej firmie i jesteśmy kolegami.
-Gdyby Pan nie był taki upierdliwy- wszedl na nowa, bardziej prostacka nute Kleczal
-I vice versa, Panie Kleczal-ucialem rozmowe.
Kleczal był w potrzasku, nie miał przy sobie prawnika, a decyzje musial podjąć zaraz. Dlatego postanowiłem go skontrowac.
-A przeciez możemy podpisac miesięczne wymowienie. Pan mi zaplaci za ten miesiąc z gory dzisiaj i odwiezie do domu na swój koszt.
Kleczal przeszedl z czerwieni w biel.
-Dobrze- odpowiedział i podpisaliśmy spreparowany stosowny dokument, po czym wypłacił nalezne mi pieniadze.
Do domu odwiozl mnie nie uczestniczący w rozmowie, starający zachowac obiektywizm- Trzaskal, który wyrokowal mi, ze skoncze jak zul pod kaufem, gdyz to, co prezentuje, to już nawet nie marksizm tylko trockizm.

Epilog

Na drugi dzien postanowiłem nawiązać kontakt z wrogami Klęczała -Axpalowcami.
Byłem dla nich bardzo mily. Trzeba było bowiem dociągnąć gdzies do konca grudnia.
Nowa prace miałem zaklepana dopiero od stycznia.
Axpalowcy zaproponowali mi kosmiczne warunki handlowe- 600 zlotych wynagrodzenia, stary nie zapalający samochod bedacy niebezpieczenstwem pierwszego stopnia w grudniowe, ciemne wieczory i poranki.
Udawałem, ze wszystko mi się podoba i jest cool.
Sprzedałem im wszystkich klientow od Klęczała. Dostarczyłem cala tajna wiedze o upustach i cennikach.
Parokrotnie pojechałem za ich pieniadze na rozmowy kwalifikacyjne do nowej firmy.
Zdążyłem jeszcze napisac do Klęczała maila z zyczeniami świątecznymi:
*Panie Kleczal, zycze Panu rodzinnych Swiat Bozego Narodzenia.
Wielokrotnie uczulałem Pana, ze ludzie którymi się Pan otacza to złodzieje i oszuści.
Największy z nich, Wawrzyczek, jest aktualnie u Axpalowcow, gdzie przekazal cala dokumentacje i cenniki, a o reszcie proszę sobie przeczytac na stronach internetowych, na portalu www.work.pl pod haslem Pana firmy, w zakładce opinie.
Kochalem Pana i bylem lojalny, choc Pan mna gardzil
podpisano
Tadeusz Feldmarszałek

Komentarze

Obrazek użytkownika Dariusz Czubiński

Ten tekst se mi libi, bo sam byłem repem. Ubawiłem się setnie :))
Tylko Wietnamczyk - z dużej...

DC