Jesteś tutaj

Z powrotem

Obrazek użytkownika emelly

Czy słyszysz, mój ojcze, ten głos w gęstwinie drzew?
To król mnie wabi, to jego śpiew.
- To wiatr, mój synku, to wiatru głos,
Szeleści olcha i szumi wrzos.

J.W. von Goethe

Tylko ten brzęk – i świst zawiei
W sypiącym gęsto białym pyle.
Ciągnie mnie w mroczną głąb tej kniei,
Lecz woła trzeźwy świat nadziei
I wiele mil od snu mnie dzieli,
I wiele mil od snu mnie dzieli.

Robert Frost

Subtelny rozbłysk wieczności, chwilowe odchylenie zasłony deszczu – po cóż innego się żyje? Marzyłam o rzeczywistości barwnej i zmysłowej, pachnącej upojnym zapachem latynoskich tańców, ekstazą podróży, niebezpieczeństwa i klubowej muzyki, a nurzałam się – czy raczej tonęłam – w rozbuchanej szarości czterech ścian. Naturalnym dla mnie stanem było Bez-Życie, bierne patrzenie na świat poprzez zabrudzoną szybę. Rzadko kiedy wychodziłam do ludzi, a choć mało co ciekawiło mnie tak jak oni, nic innego nie było też w stanie tak bardzo zniewolić mnie i zranić. Samotność jednak przygniatała mnie, tak jak i konieczność pracy. Nie lubiłam pustych pokoi, nie lubiłam być zmuszana do wysiłku. Tak też było tego dnia.

Wstałam – jak zwykle – za późno. Budzik dzwonił wielokrotnie, lecz rozwiązłe podszepty lenistwa nakłoniły mnie, by wstydliwie i z ciężkim sercem dalej wylegiwać się w łóżku. Gdy w końcu wyszłam z domu, wiedziałam, że na pierwsze zajęcia i tak już nie pójdę. Zresztą, świat na zewnątrz nie zachęcał do życia. Monotonny szmer samochodów przejeżdżających po mokrej nawierzchni, skrzypienie tramwajów, ziąb, błoto chlapiące spod nóg ludzi o cieknących nosach i zgnębionych twarzach – wszystkim, czego pragnęłam, był powrót pod kołdrę. Cofnęłabym się jednak i co by to zmieniło? Właśnie nadjeżdżał jakiś tramwaj – ogrzewany, niskopodłogowy. Po chwili wahania podbiegłam i wskoczyłam do niego. Natychmiast rozejrzałam się za miejscem siedzącym. Nie znoszę stać w tramwajach. Choćbym miała jechać tylko jeden przystanek, jeśli mogę, siadam. Patrząc przez okno na wyszarzały świat i myśląc ze wstrętem o konieczności ponownego narażenia się na panujący na dworze chłód, postanowiłam nieco poszerzyć swoje horyzonty i zwiedzić przystanek końcowy. Tak oto lenistwo popchnęło mnie do pójścia za nieuświadomionym wezwaniem, nieraz rozlegającym się w naszej duszy, lecz które tylko jednostki mające zewnętrzność w głębokiej pogardzie są w stanie dosłyszeć.

Jadąc przed siebie, zaczęłam przyglądać się ludziom. Tramwaj w większości zapełniali studenci; nie brakło też kilku podstarzałych, przemielonych życiem kobiet. Jak to się dzieje, że panie pod sześćdziesiątkę posiadają nieraz rysy tak pozbawione kobiecości? Tak jakby upływające lata wypłukały z nich wszelkie miękkie części, pozostawiając tylko szorstkie, nieugięte karki, szerokie ramiona i skrzekliwe głosy... Czyżby samo przemijanie tak je wyniszczyło i pozbawiło wdzięku? Czy może jednak to, przede wszystkim, wina tamtego systemu? Niemniej pobladli, zsiniali studenci również nie wyglądali najlepiej. Może niemoc tak naprawdę ogarnia całą naszą cywilizację, po gorączkowym biegu do mety zatrzymującą się w zadyszce i już biernie czekającą na nadchodzącą Wielką Zmianę? A może... to po prostu ósma rano?

Tramwaj pustoszał. Niespostrzeżenie dla samej siebie popadłam w zwyczajne dla mnie odrętwienie. Wtem rozległ się dudniący z głośnika głos maszynisty i otworzyły się wszystkie drzwi – zajechaliśmy na pętlę. Rozejrzałam się: otaczały mnie szare bloki. Czego właściwie spodziewałam się po tej podróży? W sumie powinnam już wracać - za pięćdziesiąt minut rozpoczną się zajęcia z gramatyki. A gdyby jednak tak...? Toczyłam ze sobą walkę. Z jednej strony, dobrze znałam swoje obowiązki i „ewentualne konsekwencje płynące z ich nieprzestrzegania”. A z drugiej... od dawna narastał we mnie bierny opór wobec rzeczywistości. Ciągnęło mnie w dal, ciągnęło poza życie. Przeszłam na przystanek autobusowy. Autobus linii 210, jadący w stronę X, był dopiero za pięćdziesiąt minut. Panowało przenikliwe zimno. Wiatr świstał, niebo zaciemniało się chmurnie, zaczął zacinać deszcz ze śniegiem. Jednakże – dziwna rzecz – w momencie, w którym mój pomysł wydał mi się tak nierozsądny, gorąco zapragnęłam go spełnić.

* * *

Stałam w poprzek pustej, asfaltowej drogi. Za plecami miałam zeschnięte pola o barwie zszarzałej słomy oraz kilka cichych domów o oknach przypominających puste oczodoły. Było tu zdecydowanie mroźniej niż w mieście. Ścieżka do doliny wiodła w dół, ginąc w lesie; wokół mnie nie dostrzegałam żywej duszy. Stalowoszare buki czekały w milczeniu, prężąc wyniośle swoje smukłe, gładkie pnie i rozczapierzając gałęziste szpony. Popatrzyłam na brunatne koleiny wypełnione zmrożonym błotem, na śliskie tafle kałuż i... zawahałam się. Nie miałam z sobą jedzenia ani odpowiednich butów. Co począć?... Na samą jednak myśl o powrocie do miasta, do codziennego życia zrobiło mi się mdło. Zresztą... Jeszcze się nie ściemniało, miałam przy sobie telefon komórkowy, co może mi się stać? Ostrożnie, potykając się i ślizgając, ruszyłam ścieżką w dół. Po pierwszym zakręcie przestałam widzieć za sobą kawałek domu i szosy; w pełni zagłębiłam się w las.

Drzewa otaczały mnie milczącym tłumem. Nawet o tej porze roku buczyna jest ładna, z tym że jest to piękno tajemnicze, melancholijne i niesamowite, chciałoby się powiedzieć – groźne. Szłam w dół i w dół. W miarę posuwania się naprzód, poczucie niesamowitości tylko się powiększało. Zaczęłam też natrafiać na wapienne skały. Szarawe, chropowate bambulce, porośnięte niekiedy rozpaczliwie wygiętymi brzózkami, przypominały trochę starożytne menhiry lub posągi z Wyspy Wielkanocnej. Moje zmysły zdecydowanie się wyostrzyły, bardziej jednak chłonęłam otoczenie niż rozumowałam.

Tego dnia szczególnie silnie czułam istnienie duchowego wymiaru świata. Coś mi mówiło, że poprzez tę dziwną, irracjonalną wędrówkę zbliżam się do tajemnicy, którą znają drzewa i wiatr przetaczający się z szumem przez ich korony. Czułam, że idąc wciąż w głąb i w głąb, dotrę w końcu do miejsca, gdzie koniuszkiem wyciągniętej dłoni w jakimś sensie dotknę – i zerwę – kurtynę rzeczywistości. W pewnym momencie przeszłam pomiędzy dwiema wysokimi skałami, tworzącymi coś na kształt bramy. A potem zaczęły odmarzać mi stopy. I wtedy trochę otrzeźwiałam.

Nagle przeraził mnie fakt, że jestem zupełnie sama. Odruchowo sięgnęłam do torebki, żeby sprawdzić godzinę. Tylko niestety nie znalazłam w niej telefonu. Coraz nerwowiej ją przetrząsałam, lecz w końcu musiałam pogodzić się ze straszną prawdą. Widocznie zostawiłam komórkę w domu... nie, przecież wyciągałam ją na pętli tramwajowej. W takim razie musiała wypaść mi w autobusie.

Ręce trzęsły mi się, kiedy zawieszałam z powrotem torbę na ramieniu. Rozejrzałam się po bokach – wszędzie pustka, cisza, żadnych dźwięków. Żadnych ptaków czy zwierząt; nawet wiatr ucichł. Nic, tylko wysokie, gładkie kolumny szarych pni. Powoli, spokojnie, starając się opanować roztrzęsienie, odwróciłam się i ruszyłam w drogę powrotną.

Dawno nie szłam tak szybko i tak długim krokiem, jak wtedy, przy próbie wyjścia z lasu. Moje plecy wydawały mi się boleśnie odsłonięte; ciągle czułam na nich czyjś co najmniej nieżyczliwy wzrok, mimo że okrążały mnie jedynie drzewa. Czas dłużył się niemiłosiernie; serce co chwila podskakiwało mi do gardła. W pewnym momencie odniosłam wrażenie, że mimo tak energicznego tempa droga powrotna trwa już dłużej niż mój wcześniejszy marsz w głąb. Nie miałam jednak przy sobie zegarka, nie mogłam więc potwierdzić mojego przypuszczenia. Nie przypominałam też sobie, żebym przechodziła z powrotem przez skalną bramę.

Tymczasem zaczynało się coraz bardziej ściemniać. Pnie z szarych stały się ciemnografitowe, a z ciemnografitowych – czarne. Wokół mnie rozścielił się mrok, otaczając świat subtelną siecią mglistego cienia. Przestałam dostrzegać takie szczegóły, jak rysunek na korze buków czy pojedyncze liście na leśnej ściółce. Wówczas moja wędrówka trwała już tak długo, że nie ulegało wątpliwości, że zabłądziłam. Usiadłam na ziemi i płacząc, zawyłam ze strachu, zimna i bezsilności. Po krótkiej chwili jednak wstałam. Bałam się siedzieć długo w takim miejscu, poza tym czułam, że jeśli nie będę się ruszać, zamarznę. Straciłam już większość czucia w palcach u stóp; przypominały bolesną galaretę, z której siłą starały się oderwać paznokcie. Ból ten miał jednak jedną zaletę – dość prędko wybił mi z głowy wszystkie metafizyczne lęki, czy nawet te racjonalne, związane z jakimś mrocznym, podejrzanym typem, na którego mogłam się przecież natknąć. Jedyne, co mnie wtedy zajmowało, to rozmaite szczypania, pieczenia i miażdżenia, odczuwane przeze mnie w co gorzej ukrwionych częściach ciała. No i głód. A może nawet nie tyle sam głód, co obezwładniająca słabość spowodowana brakiem pożywienia. Na szczęście, paląca wściekłość na moją własną głupotę i rozpaczliwe pragnienie wydostania się z tego przeklętego miejsca dodawały mi energii.

W międzyczasie noc zapadła na dobre. Las, do tej pory tak cichy, stał się pełen różnych dźwięków, których źródło nie zawsze było dla mnie jasne. Znów zaczął dąć wiatr; przypominało to dźwięk nadlatujących odrzutowców. Z raz czy dwa miałam wrażenie, że słyszę autostradę – musiało to być jednak złudzenie. Mróz chwycił bardzo ostry. Drzewa tak dziwnie trzeszczały, co pewien czas rozlegał się jakby wystrzał; widocznie któreś z nich pękało pod naporem pędzącej masy powietrza. W ogóle nie czułam już nóg, rąk ani nosa. W głowie mi szumiało; z raz czy dwa minęli mnie jacyś ludzie, ale gdy odwracałam się, żeby coś do nich powiedzieć, nikogo nie widziałam. Słyszałam też warczenie psa, które pojawiało się i znikało. W pewnym momencie potknęłam się i stoczyłam ze zbocza jak bezwładny worek. Zatrzymałam się kilkanaście, może kilkadziesiąt metrów niżej. Leżąc na ziemi twarzą do oszronionych liści, zapragnęłam już nie wstawać. Czułam się taka zmęczona... Byle choć na chwilę zamknąć oczy, przestać widzieć to wszystko! Gdzieś tam, w moim zamroczonym mózgu kołatała się jednak myśl, że jeśli zasnę, to umrę. Niewyobrażalnym wprost naprężeniem woli zmusiłam się, żeby wstać i iść dalej – zupełnie na oślep, byle sunąć przed siebie. I wtedy, nie mam pojęcia po jakim czasie, zobaczyłam światło. Dowlokłam się do skarpy i, dzięki niech będą dzisiejszej cywilizacji za jej wszechobecność, ujrzałam szosę – a przy niej McDonald's! Najprawdziwsze, swojskie, bijące ciepłem przydrożne McDonald's! Z charakterystycznym, spadzistym dachem i wielką, świecącą literą „M”... Ostatnim wysiłkiem przelazłam przez barierkę oddzielającą las od drogi, przeszłam przez parking i chwyciłam za klamkę. Nigdy więcej żadnych fanaberii, ucieczek, żadnej pokrętnej duchowości! Nic, tylko normalna, przaśna rzeczywistość. Zaraz zjem sobie BigMaca. Pociągnęłam za drzwi. Zalało mnie miękkie światło. Kobieta w czerwonym daszku, pracująca za ladą, podniosła na mnie wzrok i – wtedy wszystko zniknęło. Zemdlałam.

Wybierzcie się kiedyś na spacer na łono natury – zapraszamy serdecznie.