Kozioł mówił
że poniżej trzystu
siedemdziesięciu pięciu
nie schodzi w tej górskiej okolicy
niżej nie dałby rady w sumie to wykańcza
tak jak tynk pęka i złazi w końcu to nie Wersal.

Ognistość pawi się za oknem
I wyjaskrawia się rzęsiście.
A ja tu stoję, ja tu moknę
Gdy z tamtej strony płoną liście.
Tam chodnik błyszczy samospłonem,
Gdy oto po tej stronie szyby
Kurzowe pyłki ust milionem
Szemrzą i wszystko jest na niby.
Nic nie zapali się wśród sprzętów
Tonących w rzece codzienności.
I brak tu tchu i argumentów.
I braknie wkrótce przytomności.
A tam pożarzą się płomienie,
Broczą chodniki rdzą czerwoną.
I nie wiem – fakt to czy złudzenie,
A tak ochoczo bym tam spłonął.
I za co tak mi się wywrzeszcza
Zaoknie wśród rdzawego czaru,
Gdy ja w szarości tonę kleszczach
A w żyłach muł mam zamiast żaru?

cień mnie samej
stracił ramę, bezpowrotnie
błądzi gdzieś po autostradach
niczym po „Wiśniowych sadach”, wciąż samotnie
pochodzi i zwieńczy dzieło
pochówkiem w muzeum

gdy słowom jędrności brak
czytam je wspak

Tak bym chciała być dla ciebie
Wenus, w twych marzeniach sennych.
Tak bym chciała u ogniska
Westą w życiu być codziennym.
Tak bym chciała firmamenty
niepokojów twych rozbielić.
Tak bym chciała twoje troski
dzień po dniu do końca dzielić.
Tak bym chciała twym radościom
zorzy rannej dodać blasku.
Uniesienia i upadki
w życia mego mieć potrzasku.
Tak bym chciała... lecz nie mogę
wola moja jest marzeniem.
Me pragnienia roztrzaskują się
jak fale... o milczenie.

miłość czasem złoci się szafranem
z moją na przykład
tak bywa nad ranem
albo zmysłową uszczypnie bazylią
biust czarnookiej
pieszczony przed chwilą
chrzanem zapachnie
jedna z tęsknot Józka
co jest z Pułtuska
niekiedy wabi
pestką z awokado
w spółce ze zdradą
i ta ostatnia
sok z marchwi na palcach
acz w rytmie walca
właściwie po co mielibyśmy wychodzić z domu -
uliczna muzyka nie pomaga zapomnieć o czekaniu,
przejadły się turystyczne zakątki miasta,
inne są zbyt daleko, albo zbyt brudne.
jedną z nas obciera but, inną jakieś wspomnienie
sprzed kilku dni. barmani wyrzucają nas z knajp
bo nie mamy ładnych ubrań i pieniądze też się kończą.
staramy się nie deptać roślin wyrastających
w załamaniach chodnika, kiedy uciekamy
przed deszczem z wody i pytań.
obok śmietników leżą połamane parasolki
i wszystko jest jakieś takie brzydkie.
nasze miasto wcale nie poczęło się ze światła.
mój budzik nie dzwoni kolejny raz
albo raczej nie przebija się przez histeryczne sny
o windzie, która nie zatrzymuje się nigdzie.
całą noc jestem w środku,
wielkie oczy klatek schodowych patrzą na mnie
przez małe otwory.
tutaj nie krzyczy się tylko zbiera strach w sobie,
który wychodzi pępkiem, wylewa się,
obkleja całe stopy.
uwięzione w szybie gołębie
obijają się skrzydłami o brudne ściany.
zakrywam usta i kładę dłoń na brzuchu,
czekam aż obudzi mnie mocne szarpnięcie powietrza,
kiedy jak co rano otworzysz balkon.
Najnowsze komentarze
9 sek. temu
3 min. 4 sek. temu
8 min. 4 sek. temu
1 dzień 1 godzina temu
1 dzień 8 godzin temu
1 dzień 8 godzin temu
1 godzina 56 min. temu
1 dzień 9 godzin temu
1 dzień 10 godzin temu
1 dzień 10 godzin temu