
Wyrwałem z cienia gruz.
Resztkę metalu i powietrze.
Na koniec zadając mu lekki ból,
deszczem z krwi nieokrzepłej.
O słońce, promień, blasku strzęp.
Falę przeklętą w próżni.
Czegoś co nie jest z masy zła.
Czegoś, co od niej mnie różni.
Świeczka bez kropli parafiny, ukuta knotem.
Czarny, samotnie zdycha płonąc.
Tak jakby ja; poproszę z lodem.
Mówią, że to trucizna bytu.
Liście żółkną i tak jest stale.
Ukłon dla uczuć zrobię tu.
Gdy giną.
Nie odrastają...

Kolosalnie rzadki wypełniacz serca.
Kłak po fryzjerze, z pierwszego strzyżenia.
Inni ssą dziewictwo.
Ty gromadzisz pustkę; flesze i migawki.
Czytałem że da się zamrozić światło.
Landrynki po wieczność
i piłka bez łatek.
To byłby świat, horyzont ideału.
Synku, czas w końcu dorosnąć.
Spawarka, zmywak - piwo.
Już czytasz bajki cudzym.
Twórz własne, prawdziwe - gówno.
O parę lat przesunę,
lecz gdzie na suwaku wieczność!?
Piekło dojrzewa czasem.
Umysł, rozporkiem ego.
Podobno pijąc go wykańczasz.
Neuron po neuronie.
Jak wiele trzeba wypić,
by grać zwyczajną rolę ?

Ptactwo zasrało już parapet.
Ulgami w rytuale kredytów.
Spiralą świnek, na sezon grilla.
Cewnikiem okien - dziś już w plastikach.
Spakować grudki myśli,
linczując asfalt z PRL-u.
Jadący na wskazówkach czasu.
Pchającego szkorbut między szpary.
Ikon, przydrożnych mnichów.
Wgniatających bilbordy pod powieki.
Zryć przestrzeń grabkami fantazji.
Głaszcząc matowy filtr, marlboro.
Jeszcze raz powiedz mi - miłość.
Klimakterium skroni oświeconych.
Absolut, którym gram na przemian.
Łyk, dym, pianino.
Skiń kroplo na piach po suszy.
Drgające wargi żądzy słowa,
i skurcze w udach późną nocą.
Kobiecych czekań, gdy dochodzą.
Fistaszki, no i te rodzynki!
Dosypię, znaj mą dobroć.
Dla ciebie pulsu rwana strofa.
Dla mnie chinina, malarii potop ...

W rogu emocja siły uczuć.
Gilotyn ciętych słów pod wiatrem.
Otartych z muśnięć, bieli polików.
Trafiła, trafiła na mnie.
Czy tka się pierwszą kobiecością?
Od czekań, nastań i momentów.
Kto wie, nadejdzie zawsze w szoku.
Jak wzbija się wiosenny prześwit.
Oj chłopcze jakiś ty nieświadom.
Zastany w prostych klatkach cegieł.
Dziś budujemy pąków wersal.
Niedopowiedzeń, niedopowiedzeń...
O biel na włosach i samotność.
Czasem zazdrosne sny po chwili.
Wygryzasz gesty rwane troską.
Wypalasz ślady, dusz, nad nimi.

Wylęgły się już cienie za chudych ziaren piasku.
Stygną nam fale, drobne słowa, stopy...
Odginam głowę ku niebu z papierosem.
Sypiesz złoto przez palce, ja wciąż w błękicie.
Czas nam, zabijać chęci które przelaliśmy.
Oprawić plażę z śladów, jak pościel po kochance.
I spłynąć w odlew miejskich chodników.
Uszytych sznurowadeł wciągających dalej.
Promiennie łamiąc balejaże puzzli.
Dla gardeł sumiennych, lecz pijanych morałów.
Wykrzyczeć przepaść bez dotyku.
Przecinać mięśnie o oczy me; palę...
Spiralne kółeczka od rurki.
Papieros, dorosły puszczacz baniek.
Stykam się z rogiem gdzie spałaś.
Choć nie jest bliżej, jest dalej.

Goi się kreska pod okiem.
Sprzączki z pokrowca gitary.
Igram palcem o wstęgi.
Pogrubiam fali paraliż.
Niech zdechnie cisza w rycinie.
Wiecznego galopu życia.
Spokojne usta dogniotą.
Sól w kącikach, gdzie susza.
Bezwładne ciało odchodzi.
i rodzi się nowy bezwład.
Piękniej tnę róże na rondzie.
Dla pustych, jak ulic perła.
Bólu, gąbko mej chmury.
Wypłaczę cię kiedyś, na starość.
Teraz opłatki lukru.
Teraz, cukrowe waty...

Dla chmury ognia wrażeń kwaśnych.
Listów z kochanka zrywanych łyżeczką.
Tępe zastępy myśli po dniu łaźni.
Jak mogłam być, tak złą kobietą.
O cal od lustra ugiąć własne wargi.
Zapatrzeć się jeszcze, zanim spłyną szminką.
Okradnę nimi męskie barki.
Zlinczuje wiarę, groteską umizgów.
Za co tylko zbierałam, mu te muszelki?
By trzymał je mocniej, niż gęste brwi na mnie...?
Tak, składam ucieczkę w kolejną wariację,
bo inny już palec zrywa okap z ciała.
I niech wszyscy oni tchną pożądanie!
Zgrają nuty chęci, w małe pudełeczka.
Ja gnę się nocą w cudzych ramionach.
Wszak to nie zemsta, to nie zemsta...

Nanieść się wolnym wiatrem wiosny.
Wszyć między gorset, a ciepło kręgów.
Stopione mięśnie luźnych dłoni.
Raz jeszcze zmusić do powiewu.
Jak cicho drży to słowo, sadyzm.
Splecione wokół bezwładności.
Strasznie kochamy kiedy boli.
Ułomnie godząc w nas skrajności.
Bo wybuchł strumień w strzępach lakieru,
a zarys krwawi brzdękiem okien.
O słodycz nie spytam, po co mi płowe.
Maskują tylko mój witraż tlenu.
Gryząc po lepkich plecach, spowiedź.
Szydząc miłością, gradem nonsensu.
Liczy się wdech, w sekundę przy skroni.
Liczy się purpur naszych jęków.
Najnowsze komentarze
14 min. 43 sek. temu
11 godzin 46 min. temu
1 dzień 1 godzina temu
1 dzień 11 godzin temu
1 dzień 18 godzin temu
2 dni 7 godzin temu
2 dni 14 godzin temu
2 dni 15 godzin temu
2 dni 18 godzin temu
2 dni 23 godziny temu