
dałeś mi Panie już kilka lekcji:
cierpliwości, rezygnacji, bólu,
zwątpienia i upokorzenia
potem nie zapomniałeś o:
pewności siebie i poczuciu własnej wartości
czy teraz – dla odmiany –
choćby nawet tylko z kaprysu banału
nie mógłbyś, tak od niechcenia
nauczyć mnie – niby mądrą
radości i miłości

choć pozornych iluzji przyczółek
a w piwnicy rowerek bez kółek
w bawialni zimno potwornie
w salonie jakby pokorniej -
to kuchnia też bez nadziei
że jeszcze kogoś ogrzeje
wciąż trwają znajome ściany
zatarte obrazy bez ramy
maleńkie radio na strychu
co walcem płacze po cichu
i łóżko w sypialnym pokoju -
nasz świadek potyczek i bojów
nim w oczach spróchnieje ten próg
nim zwieją stąd bies i Bóg
przysiądźmy sobie na chwilę
jak dwa zziajane motyle -
przysiądźmy by spłacić dług
za pamięć że pachniał tu głóg

gładko mijamy się na schodach
nie dostrzegamy się w łazience
witamy dzień skinieniem głowy –
wszystko poprawnie i nic więcej
czyścimy buty pastą KIWI
(fenomenalnie nieprawdziwi)-
pijemy szampana w południe
wmawiając wokół, ze jest cudnie
z rzadka, niechętnie (późną nocą)
pytamy lustra: kurwa, po co? –
budzimy się zbyt wczesnym ranem
maski zostają niewyspane

mokną, niby zbiorowo,
na deszczu wisienne liście
każdemu z nich jednak zimno
z osobna, oczywiście
każdy drży po swojemu
i władcy wiatru prosi
ażeby mu pozwolił
mniej kaszlem się zanosić
i żeby wilgoć na żyłkach
osuszył jak najprędzej
i żeby jeszcze choć chwilka, nim spadnie
nie trzeba więcej
bo potem już tylko odejdzie
w złotawe zapomnienie
samotnie, mimo że z braćmi,
raniąc się o kamienie
poeta stanie przy drzewie
wsłucha się w niby – ciszę
weźmie liść (jak list) do ręki
i może coś napisze

figury geometryczne
zygzaki, znaki magiczne
litery przelane na Papier
rozparte jak na kanapie
z liter składane słowa
spisana kochanków rozmowa
lub liści symfonia na wietrze
i kłótnie o to co lepsze
Pan Papier wszystko wytrzyma
czy lato, wiosna, czy zima
czy nawet kapryśna jesień
od której zaczął się wrzesień
bo Papier nie miewa chandry
pojmuje wszelkie meandry
i inne duszy zakręty
nas głupców, grzeszników, pół świętych
rozumie też radość tej chwili
gdy zapach do ciasta wanilii
z czułością zmysły nam drapie –
najlepszy Przyjaciel – Papier

w dzień zwykły i przy niedzieli
w biurze, w podróży, w... pościeli
w kolejce też, na bazarze
we śnie nabrzmiałym od marzeń
i żeby komuś nawtykać
i kiedy słowna muzyka –
on pośrednik w czymś miłym
pomocny, bo braknie już siły
przekaźnik gorzkawych treści
i kilku hiobowych wieści –
on medyk i plaster na rany
gdy słyszysz głos wyczekany

zbieram na jarmarkach wersy
piąty, drugi, trzeci, pierwszy
czwarty gdzieś się zawieruszył
w zakamarkach kociej duszy
szukam rymów na pchlich targach
- nie zużytych i bez pęknięć –
jeśli zręcznie je poskładać
będzie pięknie
kupię słowa nie wytarte
przyprawione trafnym żartem, nie za bezcen
bo umieszczać ich w niebycie
jak staruszek zwiędłych życiem, mi się nie chce
parę znaków przystankowych zachowanych
na dnie głowy, całą wieczność
też pokazać tutaj mogło
najtrwalsze swoje godło, użyteczność
przyjmę też na przechowanie
zręczną puentę – mądre zdanie na wymarciu
by ulepić z nich pomału
trochę bajek i kawałów nie do zdarcia

cień mnie samej
stracił ramę, bezpowrotnie
błądzi gdzieś po autostradach
niczym po „Wiśniowych sadach”, wciąż samotnie
pochodzi i zwieńczy dzieło
pochówkiem w muzeum
Najnowsze komentarze
9 sek. temu
3 min. 4 sek. temu
8 min. 4 sek. temu
1 dzień 1 godzina temu
1 dzień 8 godzin temu
1 dzień 8 godzin temu
1 godzina 56 min. temu
1 dzień 9 godzin temu
1 dzień 10 godzin temu
1 dzień 10 godzin temu